Słowianie – zdobywcy Skandynawii

Recenzja: Artur Szrejter, Wielka wyprawa księcia Racibora, Erica, 2013

wielka.wyprawaKsiążka Artura Szrejtera Wielka wyprawa księcia Racibora ma zapoczątkowywać nową serię batalistyczną wydawnictwa Erica Wojny wikingów i Słowian. Czy stanie się rzeczywistą konkurencją dla Historycznych Bitew czy Wielkich Bitew Historii? Zobaczymy, choć wątpię, bo pomysł trafia w inną niszę czytelniczą. Może w nieco rachitycznej formie, ale jednak wydaje się istnieć środowisko zainteresowane kulturą i osiągnięciami pogańskich Słowian. I to raczej do nich trafi pozycja Szrejtera niż do batalistycznych fascynatów.

Wybrany temat idealnie nadaje się na opowieść o dumnej, słowiańskiej przeszłości. Sprawa jest raczej zapomniana i niespecjalnie popularna, szczególnie jeśli porówna się ją z wyprawami wikingów, ale Słowianie również dorobili się swego czasu solidnej pirackiej renomy. Wystarczy wspomnieć, że w 1043 złupili największy duński port handlowy Hedeby oraz Aarhus, w 1135 – duńską stolicę Roskilde a w 1147 Lubekę. Dotarli nawet na Islandię i siali postrach na morzach jeszcze długo po tym, gdy o wikingach słuch zaginął. Mimo to dziś z każdej średniowiecznej powieści historycznej wyziera krwiożerczy wiking z toporem w ręku, który już szykuje się do Ameryki a naszych swojskich łupieżców ani widu.

Niezwykłym słowiańskim sukcesem była również rejza na Konungahelę – bogaty port pomiędzy Szwecją a Norwegią. Było to miejsce zjazdów władców (do czego nawiązuje sama nazwa) i lokacji relikwii Krzyża Świętego. W roku 1136 pojawili się tutaj Słowianie i wycisnęli je z bogactw jak cytrynę.

Artur Szrejter znany jest raczej z książek o mitologii germańskiej, ewentualnie twórczości z gatunku fantasy. Jego dorobek popularyzatorski cieszy się uznaniem czytelników, choć historycy kręcą nosem, że są to rzeczy pobieżne i niepełne. Wielka wyprawa… też nie jest monografią wyczerpującą, choć na pewno jedyną. Słowiańskie wyprawy morskie opisywane były dotąd raczej w ujęciu całościowym. Najważniejszą pracą są tu Walki Słowian na Bałtyku w X-XII wieku Krystyny Pieradzkiej, ale trzeba dodać, o czym autor nie wspomina, że mamy również takie książki jak Słowianie Zachodni na Bałtyku w VII-XIII wieku Kazimierza Ślaskiego, czy konkurencyjną dla Szrejtera, bo popularyzatorską Chąśnicy – słowiańscy Wikingowie Wrzesława Mechło.

Narracja Wielkiej wyprawy… jest poprowadzona prosto i przejrzyście. Na początek otrzymujemy zarys sytuacji politycznej wokół Bałtyku z uwzględnieniem problemu piractwa słowiańskiego. Dalej następuje już opis kolejnych etapów wyprawy na Konungahelę według sagi autorstwa Snorriego Sturlusona.

Dużym plusem jest to, że Szrejter dosyć często wchodzi w niuanse tłumaczenia sagi. Dotychczasowe przekłady jej fragmentów, zarówno autorstwa Pieradzkiej jak i Labudy, zawierają sporo błędów. Szrejter zawsze podaje przetłumaczony fragment sagi i, o ile to konieczne, przekonująco wywodzi dlaczego dotąd rozumiano go opacznie. Z tego względu warto sięgnąć po jego książkę nawet jeśli jest się historykiem niechętnie zaglądającym do twórczości popularnonaukowej.

Z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy tu do czynienia z apoteozą Snorriego. Nikt inny tak dokładnie nie opisał bitwy, ale nie zwalnia to z obowiązku sięgania do innych źródeł i wykorzystywania ich do maksimum przy próbie weryfikacji faktów. Autor skupia się jednak prawie wyłącznie na tym, co pisze Snorri. Do tego przekonuje, że saga jest bardzo wiarygodna, między innymi dlatego, że spisana stosunkowo niedługo po wydarzeniach. Prawda jest taka, że Snorri bitwę o Konungahelę w 1136 r. opisał prawdopodobnie w latach 20. XIII w., czyli ponad sto lat później. Trudno w tej sytuacji uwierzyć w jego znajomość szczegółów zdarzeń. Zamiast więc doszukiwać się za wszelką cenę w tym, z natury przecież poetyckim, dziele odbicia faktów lepiej było włożyć większy wysiłek w analizę narracji, jej funkcji i analogii. Tym bardziej, że takie fragmenty jak bohaterskie starcia garstki tubylców z setkami Słowian wręcz proszą się o sceptycyzm.

I o ile pewne niuanse dzieła Snorriego traktowane są z wyczuciem, na co już zwróciłem uwagę, o tyle w innych wypadkach zupełnie tego brak. Szrejter pierwszą połowę XII w. postrzega jako okres kultury zdecydowanie spolaryzowanej wokół pogaństwa i chrześcijaństwa. W rzeczywistości obie sfery w społeczeństwie się mocno przenikały i często trudno je rozdzielić. Dlatego zupełnie nietrafne są wyjaśnienia, że Snorri w pewnym miejscu specjalnie zakamuflował informacje o Dzikim Gonie, by nie wyszło na jaw, że odwołuje się do dawnych pogańskich wierzeń. Wmawianie takiej postawy autorowi Eddy młodszej brzmi wręcz kuriozalnie.

Szrejter forsuje też teorię, że za wyprawą na Konungahelę stał Bolesław Krzywousty. Jego rola i motywy są raczej przesadzone i właściwie pozbawione dowodów, choć rzeczywiście powinien coś na tym zyskać.

Nieco inna sprawa to słownictwo autora. W popularnych opracowaniach miło, bo egzotycznie brzmią terminy zaczerpnięte z rzeczywistości opisywanego świata. Jednak formy nazw stosowane przez Szrejtera brzmią przestarzale i dziś raczej niezbyt są popularne. Zamiast Rugii mamy więc Rujanę, zamiast sagamandrów – sagnamadów, i co by jeszcze uszło, zamiast witezi – wiciędzy. Skoro już autor poszedł w tę stronę to zastanawia mnie brak użycia innych dawnych określeń, takich jak chąśnicy czy windaskipy. Ale to pewnie kwestia gustu.

Niestety jako kompletną pomyłkę muszę zakwalifikować umieszczenie na końcu książki Sagi o Magnusie Ślepym i Haraldzie Słudze Bożym w oryginale, czyli po staroislandzku. Zżymałem się kiedy mediewiści umieszczali nawet w pracach popularnych ustępy z łacińskich kronik bez przekładu. Teraz chyba muszę zrewidować swoje podejście, bo osiem stron staroislandzkiego tekstu w książeczce historycznej dla przeciętnego Polaka bije tamte wpadki na głowę.

Warto zatrzymać się na chwilę przy jakości samego wydania. Otrzymujemy rzecz w twardej oprawie, ładnie zaprojektowanej, czego nie do końca oddaje zdjęcie. W środku papier jest już przeciętny, ale doceniam niezwykłą lekkość materiału. Woziłem ostatnio ze sobą sporo książek i nawet mimo twardej oprawy ciężaru akurat tej nie odczułem w ogóle.

Cieszę się, że ktoś zajął się tematem słowiańskich sukcesów. Na tym polu naprawdę wiele kwestii pozostaje niewykorzystanych. Na pewno sięgnę po drugi tom serii, czyli Pod pogańskim sztandarem i mam nadzieję, że na tym się nie skończy, chociaż dalszych zapowiedzi na razie brak. Problem zdobycia Konungaheli warto było podjąć i przypomnieć. Szrejterowi poczytuję go jako umiarkowany sukces.

Tytuł Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku
Autor Artur Szrejter
Wydawca Erica
Rok premiery 2013
Ilość stron 238
Ocena ocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocena

Autor tekstu: Grzegorz Antosik

Podziel się

  • Facebook
  • Twitter
  • Email
  • Google Plus
Ten wpis umieszczono w kategorii Książki i otagowano jako , , , , , , , , . Dodaj link do ulubionych. Dodaj komentarz lub zostaw trackback: Trackback URL.

2 Komentarze

  1. Artur
    Opublikowano 20 marca 2017 o 12:27 | Link

    Kdiązka swietnie napisana.Gdzie mozna ją jeszcze nabyc

    • Grzegorz Antosik
      Opublikowano 21 marca 2017 o 14:47 | Link

      Zapewne trzeba sprawdzać popularny portal aukcyjny lub pytać w wydawnictwie o wznowienie.
      Tymczasem pod koniec tego roku może uda się wydać trzeci tom.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

*