Po religii Słowian przewodnik na manowce

Recenzja: D.A. Sikorski, Religie dawnych Słowian, Wydawnictwo Poznańskie, 2018

religie_dawnych_slowianNiedawno na rynku wydawniczym, oprócz licznych kolorowych tytułów popularyzujących mitologię słowiańską, pojawiła się książka popularnonaukowa przedstawiająca się jako „przewodnik dla zdezorientowanych”. Autor jest cenionym historykiem a za cel postawił sobie wyjaśnienie co tak naprawdę wiemy o religii Słowian.

D.A. Sikorski przede wszystkim znany jest dzięki doskonałym tekstom o początkach polskiego Kościoła i państwowości. Gdzie niegdzie poruszał również problem słowiańskiego pogaństwa, bardzo krytycznie oceniając naszą wiedzę na jego temat. Dzięki Wydawnictwu Poznańskiemu Autor uzyskał możliwość znacznie szerzej zaprezentować i uargumentować swoją wizję religii Słowian. Czy dzięki temu wizja ta stała się bardziej przekonująca i książka może służyć za przewodnik?

Praca podzielona jest na dziewięć rozdziałów, z czego większość (około trzy czwarte książki) można potraktować jako zagadnienia teoretyczne, takie jak teoria badań, historia badań, definicje religii, rodzaje źródeł, itp. Właściwy problem, czyli bogowie, świątynie, posągi, kapłani i obrządek pogrzebowy zostają opisane na końcu krótko i jakby od niechcenia.

Ważne jest uwypuklenie celu, jaki stawia sobie Autor a więc odpowiedź na pytanie „dlaczego uczeni od dwustu lat (…) nie mogą wypracować jednej wizji? [religii Słowian]” (s. 12). I właściwie odpowiedzi na to pytanie poświęcony jest cały rozdział trzeci. Cała reszta to jakby przybudówki do tego rozdziału. W kwestii zróżnicowania wizji religii Słowian stajemy, wedle opinii Sikorskiego, przed dylematem, czy chcemy tworzyć wizję opartą na wiedzy i dającą obraz prostego, nie rozbudowanego systemu wierzeń, czy też nie opierać się na solidnych argumentach aby otrzymać obraz bogaty i atrakcyjny (s. 54). Te dwie wizje to osobne szkoły w historiografii; na czele pierwszej ma stać Henryk Łowmiański a drugiej – Aleksander Gieysztor.

Same przyjęte tu założenia dla całej dalszej pracy trudno uznać za wolne od zastrzeżeń. Nie można postawić równania: argumenty za religią „prostą” – solidne, za „bogatą” – nie solidne. Solidność każdego argumentu powinna być rozważana z osobna a jaką wizję wspiera nie powinno mieć znaczenia dla jego oceny. W praktyce, jak się okazuje, obie strony miewają problemy z solidnością. Tymczasem Sikorski z góry już określił swoich oponentów po prostu jako stronę nie solidną. Druga sprawa to czy rzeczywiście mamy obecnie do czynienia z taką dychotomią w świecie naukowym. Szkoła Gieysztora ma swoich licznych następców i nieprzerwanie się rozwija, do szkoły Łowmiańskiego zgłosił akces Sikorski i chyba nie ma tam obecnie nikogo innego. W związku z tym nie wiem, czy odosobnione stanowisko Sikorskiego można traktować jako dowód na podział i niezgodność opinii w środowisku historyków.

Co więc stwierdza najważniejszy rozdział książki poświęcony przyczynom zróżnicowania wizji religii Słowian? Sikorski wymienia siedem powodów rozbieżności: 1. przyjmowanie odmiennych definicji religii, 2. stopień uwzględnienia źródeł powstałych po chrystianizacji, 3. określenie stopnia terytorialnego zróżnicowania religii, 4. rodzaje uwzględnianych źródeł, 5. umiejętność krytyki źródeł, 6. metody interpretacji źródeł, 7. przyjęcie odmiennych założeń badawczych.

Istotność każdego z tych powodów nie jest jednakowa, albo przynajmniej nie powinna być. Jeśli przyjmiemy taką definicję religii, w której wampiry nie są jej częścią, to w ten sposób lądują one jedynie w innym dziale kultury, natomiast nie przestają istnieć jako fenomen, nie zmieniają się z tego powodu ich funkcje, cechy. Podobnie o przydatności źródeł nie powinno a priori decydować to czy powstały po chrystianizacji czy przed a jedynie ich przydatność (a więc właściwie to punkty 5 i 6). Również zróżnicowanie terytorialne powinno być kwestią, którą się określa w trakcie badania a nie z góry powziętym założeniem. Tak samo punkt 7 – każdy naukowiec powinien dążyć do eliminacji wpływu osobistych preferencji na wynik badania. Punkty te wyglądają raczej jak próba tłumaczenia błędów, które, jak się następnie okazuje, Sikorski sam popełnia – ma od początku powzięte osobiste założenie badawcze (7), któremu następnie podporządkowuje całą resztę, tzn. odpowiednio zawęża definicję religii (1), ignoruje znaczną część niewygodnych źródeł (2, 4), a priori przyjmuje takie zróżnicowanie terytorialne by nie pozwalało rozszerzać wniosków (3), dopasowuje krytykę i interpretację źródeł pod tezę (5, 6).

W rzeczywistości powiedziałbym, że najważniejsze są punkty 4, 5 i 6. One rzeczywiście decydują o kształcie uzyskanej wizji religii i mitologii. Ponieważ dysponujemy różnymi rodzajami źródeł, które badają różne dyscypliny naukowe z użyciem różnych metodologii to i wyniki mogą się różnić. To nie oznacza, że są ze sobą sprzeczne. Archeologia będzie koncentrowała się np. na przedmiotach kultu, językoznawstwo na zrozumieniu słownictwa, antropologia na obrzędowości i tradycji. Najdokładniejszy i najbardziej wiarygodny obraz uzyskamy konfrontując ze sobą wszystkie te źródła i dyscypliny a nie odrzucając je, jak czyni dalej Sikorski.

Do tego wszystkiego sam dodałbym jeszcze jeden punkt, przez Sikorskiego nie wymieniony – znajomość źródeł. Na piewszy rzut oka postulat ten może się wydawać zaskakujący. Czy to możliwe by zawodowy historyk pisał książkę na jakiś temat nie znając źródeł? Sikorski powtarza tezę o niezwykłej skromności źródeł historycznych do religii Słowian. Podaje przykład Celtów, gdzie źródła objęły trzy opasłe tomy natomiast Słowianie, według niego, pomieściliby się w jednym niezbyt obszernym (s. 16). Tymczasem wbrew tej opinii czeski religioznawca Jiří Dynda opublikował w ostatnich latach źródła słowiańskie w dwóch tomach (367 i 408 stron) a przecież wcale ich nie wyczerpał i materiału zostało na co najmniej jeszcze jeden.

Przyjrzyjmy się dalej znajomości źródeł przez Sikorskiego. Stwierdza on mianowicie „Nie ma wątpliwości co do tego, że nie dysponujemy ani jednym źródłem pisanym o wierzeniach Słowiańszczyzny południowej” (s. 62). Nie jest to prawda, sam Autor powołuje się dalej na Prokopiusza z Cezarei, ale można wymieniać i inne źródła, jak De administrando imperio, responsa papieża Mikołaja I, Cuda św. Dymitra, Jana Egzarchę, czy zapiskę o kulcie w Cavoreto. Dalej stwierdza, że nie znamy nawet strzępu przekazu mitologicznego (s. 89) tymczasem znamy przecież opowieści o urządzaniu świata przez Swaroga lub o nocnych wojażach Świętowita. Także ponoć „żaden przekaz pisany nie potwierdza, aby góry, czy większe tylko wyniesienia, pełniły jakąś funkcję w kulcie religijnym Słowian” (s. 125). A przecież, oprócz omawianej tam Ślęży, wiemy o tym, że gaj Prove wyróżniał się w otoczeniu płaskiej okolicy (czyli był wzniesieniem), na wzgórzach umieszczono świątynie w Szczecinie, posąg Trzygłowa w Brennie i Peruna w Kijowie. Następnie w przekonaniu Sikorskiego „nie mamy żadnej informacji o wzajemnych relacjach między bogami ani o ich hierarchii” (s. 253). Tymczasem Powieść minionych lat informuje o relacji ojciec – syn (Swaróg – Dażbóg), o hierarchii informują Prokopiusz (naczelne miejsce „twórcy błyskawicy”), Helmold o „bogu bogów” – stopień pokrewieństwa wobec którego stanowi o miejscu w hierarchii oraz o wybijającej się pozycji Świętowita na Rugii, w porównaniu z którym inni są tylko „półbogami”. Dalej ponoć „o składaniu ofiar z ludzi wspominają dwa źródła” (s. 304), „jeśli ofiary z ludzi miały być składową kultu religijnego  Słowian, to dlaczego w relatywnie bogatych danych źródłowych z XII i XIII w., opisujących szczegółowo rytuały Słowian, nie ma o tym mowy?” (s. 304-305). W rzeczywistości źródła takie są i jest ich więcej niż dwa, oprócz wymienionych Nestora i Thietmara (nie tylko we fragmentach przywołanych przez Sikorskiego) także: Sakso Gramatyk, Helmold, Kosma Prezbiter, Adam z Bremy, list św. Brunona, list Adalgota…

Warsztat pracy historyka jest również w tej książce mocno specyficzny. Sam Sikorski podkreśla wagę umiejętności krytyki źródeł (punkt 5 na liście powyżej). W praktyce jednak cały czas ją lekceważy. Pierwszy przykład postępowania Autora z konkretnym tekstem źródłowym znajdujemy na stronie 124. Na warsztat wzięty zostaje Thietmarowy opis Ślęży, która ma doznawać czci ze względu na swą wielkość i „przeznaczenie” oraz odbywają się tam pogańskie obrzędy. Sikorski stwierdza, że widocznie Thietmarowi coś się pomyliło, na Ślęży był targ albo zabawa a Thietmar nie wiedział co się dzieje i źle to sobie zinterpretował. Sikorski nie czyni tego przypuszczenia na podstawie analizy tekstu, nie podaje ku temu żadnych przesłanek ani dowodów. Ot fantazjuje sobie co się mogło stać a następnie tę swoją fantazję traktuje jako obiektywnie stwierdzony fakt. Jednostkowy wypadek? Drugą taką sytuację odnajdujemy na stronach 133-134. Tym razem obiektem staje się Thietmarowy opis świąt obchodzonych przez Luciców w lutym, który to miesiąc był poświęcony jakiemuś bóstwu i przy tej okazji znoszono dary i czyniono ofiary oczyszczające. Ponieważ w źródle mamy do czynienia z interpretatio romana Sikorski stwierdza, że jest to wyłącznie uczony wymysł zbudowany wokół skojarzenia jakiejś słowiańskiej nazwy z imieniem śródziemnomorskiego bóstwa. Krytyka źródła znów kończy się jedynie na przypuszczeniu, że coś się piszącemu pomyliło. Sytuacja powtarza się na kolejnych stronach. Kiedy Thietmar pisał o rytualnej egzekucji dowódcy grodu też widocznie jedynie coś mu się pomyliło (s. 141), podobnie Saxo Gramatykowi, kiedy opisywał kult Świętowita (s. 222), tak samo Thietmarowi opisującemu kult jakim obdarzany był Święty Bór (s. 236), itd. Od pewnego momentu książki nie ma nawet sensu podawać tu kolejnych przykładów. Wymyślanie kolejnych hipotetycznych sytuacji, w których średniowiecznym autorom coś się mogło pomylić (a właściwie musiało im się coś mylić zawsze kiedy pisali o religii Słowian) staje się normą. Postępowania takiego nie można nazwać krytyką źródła ani traktować jako metody naukowej.

Również przedstawiona charakterystyka źródeł często znacząco rozmija się z obecnym stanem ich rozpoznania. O literaturze kaznodziejskiej Sikorski pisze, iż powstawała na kanwie wyłącznie doświadczeń z najbliższego otoczenia autora. Gdy zyskiwała na popularności doświadczenia te wykorzystywano na terytoriach, do których nie miały odniesienia. „Niezależnie od tego, gdzie powstały zbiory kazań, najczęściej przytaczane w nich jako przykłady obyczaje i praktyki pogańskie nie mają nic wspólnego z lokalnymi zwyczajami. Są literacką fikcją oderwaną od realiów” (s. 167). Sikorski odwołuje się do dwóch przykładów. Cezary z Arles ma być dowodem na powtarzanie wątków z dzieła odległego czasowo i terytorialnie również na Słowiańszczyźnie, której się nie dotyczyły. Natomiast Katalog magii Rudolfa ma być przykładem mylnego odnoszenia realiów Hesji lub Turyngii, gdzie tekst powstał do etnografii Śląska, gdzie nie występowały.

Dlaczego kaznodzieja dla przykładu w XV-wiecznym Krakowie miałby ganić z ambony i wyznaczać pokuty za zwyczaje pogańskie z VI w. z Galii Cezarego z Arles, których lud Krakowa nie znał i nie praktykował? Trudno byłoby wytłumaczyć takie zachowanie i Sikorski się tego nie podejmuje. Literatura kaznodziejska była literaturą praktyczną, którą nadawca musiał dostosowywać do swojego audytorium. Dzięki niej niepiśmienny odbiorca miał zrozumieć i rozpoznać w swoich zachowaniach postawy grzeszne i cnotliwe. Nie kopiowano więc bezmyślnie przykładów ze starszych kazań, ale poddawano je ciągłej obróbce. Popularność zyskiwała krytyka tych praktyk jakie obserwowano we własnym otoczeniu (i pomijano te, które zanikły), ale zarazem ciągle dodawano od siebie pewne lokalne szczegóły i nazewnictwo. Cezary z Arles cieszył się największymi względami w epoce karolińskiej, na Słowiańszczyźnie pełnego i późnego średniowiecza tracąc już na znaczeniu. Zabobony przeciw którym występował wciąż jednak pozostawały aktualne, choćby z tego względu, że dał ich niezwykle szeroki katalog, z którego można było czerpać garściami. Poza tym Cezary szczególną uwagę skierował na obrzędowość kalend styczniowych, na chodzenie w tym czasie w przebraniach, w skórach zwierzęcych lub nosząc ze sobą głowy zwierząt, w których przecież łatwo rozpoznajemy zwyczaje kolędnicze znane nam doskonale nie tylko ze średniowiecza, ale jeszcze z nie tak odległej przeszłości.

Powszechność praktyk opisywanych przez kazania rzutuje również na perspektywę wykorzystania Katalogu magii Rudolfa dla oddania kultury ludowej Śląska. Wbrew twierdzeniom Sikorskiego, większość zwyczajów krytykowanych przez brata Rudolfa okazała się na tyle szeroka, że ich wcześniejsze i późniejsze świadectwa odnotowano nie tylko w Hesji, ale i w innych częściach Niemiec, Czech i Polski. Dlatego przecież dzieło to trafiło na Śląsk – tutejsi zakonnicy uznali je za przydatne w pracy duszpasterskiej z ludnością miejscową (niemiecką, ale pewnie też w jakiś sposób z polską).

Konsternację budzi również sposób wykorzystania terminologii w książce. Kilkakrotnie Sikorski tłumaczy, że bogactwo słowiańskiego panteonu to efekt interpretatio christiana. Chrześcijańscy autorzy mieli przez pryzmat własnej religii awansować lokalne demony do rangi bogów. Tymczasem interpretatio christiana biegło, co łatwo stwierdzić, dwiema drogami. Zgodnie z pierwszą pogańscy bogowie to tylko drewno wyrzeźbione ludzką ręką, którą to interpretację znajdziemy tak u Thietmara jak u Nestora. Mamy tu więc do czynienia z całkowitą deprecjacją słowiańskich bogów jako bytów nierealnych. Drugi nurt natomiast sprowadzał wszelkie bóstwa do rangi demonów (w chrześcijaństwie Bóg mógł być tylko jeden), stąd w chrześcijańskiej praktyce piśmienniczej Swarożyc nazywany jest diabłem, tak samo Świętowit, czy Perun. Czyli dokonywał czegoś dokładnie odwrotnego niż postuluje Sikorski.

Jeśli więc na własnym polu autor sobie nie radzi – trudno spodziewać się, by lepiej poszło mu na polu innych dziedzin nauki. I tak rozważania o tym jakie obecnie funkcjonują definicje religii, wokół których tworzy się konsensus i co jest ich istotą pozbawione są zupełnie odniesienia do aktualnej literatury religioznawczej, pozostają więc wyłącznie kwestią imaginacji autora. Najdłużej utrzymującą się definicją religii jest ta E.B. Tylora sprowadzająca ją do „wiary w duchowe byty” i podlegająca później niewielkim modyfikacjom. Obecnie obserwujemy w definiowaniu religii nurt symbolistyczny wywodzący się od Clifforda Geertza, gdzie jest to „system działających symboli” wpływający na nastroje i motywacje i odbierany w sposób realistyczny. Konkuruje z nim nurt Robina Hortona zgodnie z którym to „nadbudówka nad polem ludzkich relacji społecznych, wykraczająca poza granice stricte ludzkiego społeczeństwa” (w relacji do „nie-ludzkich innych”). Z kolei Arthur Lehmann i James Myers zaproponowali „rozszerzenie definicji religii poza duchowe i ponadludzkie byty, tak żeby móc do niej włączyć niezwykłe, cudowne i niewyjaśnione”. Jak widzimy z tego krótkiego przeglądu przekonanie Sikorskiego, iż rdzeń definicji to wiara w istnienie bogów i związany z tym ich kult ma się nijak do rzeczywistości. Definicja Sikorskiego to przykład reliktu XIX-wiecznych europocentrycznych poglądów, gdzie ludy pozaeuropejskie musiały posiadać system będący odbiciem tego biblijnego by posiadać religię.

Cała książka w zasadzie sprowadza się również do zaprzeczenia by przedchrześcijańscy Słowianie byli społeczeństwem przesiąkniętym sacrum. Co i rusz autor argumentuje, że każdy kolejny zaobserwowany przejaw religijności to wyłącznie źle zinterpretowana sfera profanum. Mamy tu do czynienia z oczywistym anachronizmem. Autor przenosi obecne i naturalne dla nas realia życia w silnie zsekularyzowanym społeczeństwie w odległą przeszłość. Tymczasem ta sekularyzacja życia to efekt najpierw chrystianizacji (która właśnie pogańską duchowość sprowadziła do profanum) a potem epoki Oświecenia, przynoszącej rozdział państwa i Kościoła, nauki i religii. Jeśli autor już dawnym Słowianom przypisuje osiągnięcia francuskiej rewolucji tak przełomowa teoria wymagałaby lepszego umotywowania.

Delikatnie rzecz ujmując, swobodnie Autor traktuje również konsekwentność w przyjmowaniu swojej własnej metody. Podawaliśmy wyżej przykład, gdy Sikorski odrzuca wiarygodność świadectwa Thietmara o ofierze złożonej z dowódcy grodu za wystarczający argument uznając hipotetyczną pomyłkę źródła. Chwilę później przytacza jednak fragment z Thietmara opisujący karę przybicia do mostu za cudzołóstwo i uznając go za niewątpliwie wiarygodny. Co więc decyduje o wiarygodności źródła bądź nie? To czy odnosi się do sferu kultu. Podejście to nie kończy się jednak na krytyce źródeł pisanych. Autor podobnie za zasadne uznaje korzystanie z ustaleń innych dziedzin nauki, tylko kiedy jest mu to wygodne. Poświęca cały rozdział dowodząc, że Słowiańszczyzna była mocno zróżnicowana i posiadała wiele religii a nie jedną. W związku z tym informacji o religijności pozyskanej z jednego jej zakątka nie pozwala odnosić do innych. W pewnym momencie przytacza jednak wnioski pozyskane przez Leszka Moszyńskiego na temat słownictwa religijnego używanego w IX w. w okolicach Sołunia. Ponieważ było ono ubogie i według Moszyńskiego świadczy o ubogich wyobrażeniach religijnych Słowian to Sikorski stwierdza, że należy je odnosić do całej Słowiańszczyzny. Nie inaczej ma się sprawa z wykorzystaniem późnych źródeł etnograficznych. Wzbogacają one znacznie naszą wiedzę na temat pogańskiej religijności, ale Sikorski je odrzuca, gdyż są zbyt późne i rzadko mają udowodnioną ciągłość. Niemniej kiedy krytykuje interpretację niewielkich figurek, również wielotwarzowych, jako kultowych odrzuca źródła z epoki a odwołuje się do… nowożytnych materiałów etnograficznych. Zaobserwowano w nich ponoć świeckie wykorzystanie figurek i kukiełek (nie precyzuje jednak jakie wykorzystanie jakich figurek ma na myśli).

„Religie pogańskich Słowian” nie są książką pozbawioną lepszych fragmentów. Bez zarzutu z pewnością pozostaje rozdział poświęcony fałszerstwom (nie wiadomo jednak po co zamieszczony, skoro w nauce zwolennicy szkoły Gieysztora się na nie nie powołują). W tekście rozsianych jest również sporo cennych uwag pochodzących jednak nie od samego Sikorskiego. Wielokrotnie powołuje się on na innych badaczy, którzy słusznie odrzucili wiarygodność części ustaleń na temat religii Słowian. Nie da się jednak stwierdzić reguły – błędy popełniali przedstawiciele różnych nurtów i przedstawiciele różnych nurtów je sprostowywali, również zwolennicy szkoły Gieysztora.

Sikorski wielokrotnie bardzo krytycznie odnosi się do pracy naukowej samego Aleksandra Gieysztora jak i jego następców. Odmawia im jako ogółowi solidności, rzetelności, wymawia błędy metodologiczne i braki warsztatowe. Jako wzór stawia siebie i własne autorytety (Łowmiańskiego i Moszyńskiego) przedstawiając swoją grupę nie jako sceptyczną, ale jako jedyną obiektywną, w pełni naukową, posiadającą mocne dowody.

W rzeczywistości, jak wyżej wykazano, książka jest daleka od rzetelności i obiektywizmu. Niektóre rozdziały wręcz balansują na krawędzi pseudonauki nie mając do zaoferowania nic prócz chaotycznego zestawu spekulacji, słabo lub wcale nie umotywowanych opinii a nawet stwierdzeń całkowicie fałszywych. Rzecz smutna w szczególności, że Autor jest historykiem i jego autorytet zadecyduje w wielu przypadkach o przyjęciu stawianych tam tez przez słabo zorientowanych w temacie czytelników.

Tytuł Religie dawnych Słowian. Przewodnik dla zdezorientowanych
Autor Dariusz Andrzej Sikorski
Wydawca Wydawnictwo Poznańskie
Rok premiery 2018
Ilość stron 352
Ocena ocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocena

Autor tekstu: Grzegorz Antosik

Podziel się

  • Facebook
  • Twitter
  • Email
  • Google Plus
Ten wpis umieszczono w kategorii Książki i otagowano jako , , , . Dodaj link do ulubionych. Dodaj komentarz lub zostaw trackback: Trackback URL.

2 Komentarze

  1. Sholay
    Opublikowano 25 czerwca 2020 o 22:20 | Link

    Fantastyczna recenzja, widać że recenzent zna temat od podszewki.
    Wobec tego zapytam: co w zamian? Czy raczej: co oprócz Sikorskiego przeczytać? Bo na Gieysztora nie mam siły.

    &

    • Grzegorz Antosik
      Opublikowano 26 czerwca 2020 o 23:42 | Link

      Dziękuję, dziękuję :)
      Pod kątem etnografii znakomite jest „Drzewo życia” Tomickich, ale i „O zaświatach niedalekich i cudach nienadzwyczajnych” Zająca. Z prac językoznawczych „Dawni Słowianie – wiara i kult” Urbańczyka. Świetna praca zbiorowa to „Sacrum pogańskie – sacrum chrześcijańskie”. Klasyka to również obecnie „Religia Słowian” Szyjewskiego. Polecam serię Wszechnica Triglava. Obecnie mamy naprawdę solidny wybór książek na rynku o bardzo zróżnicowanym podejściu tematycznym i metodologicznym a te, które wymieniłem to ledwie skromny fragment.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

*