Nieznane oblicza wczesnego Kościoła

Teoretycznie powinna się w tym miejscu pojawić między mną a Sikorskim nić porozumienia, gdyż on również opowiada się za podejściem rygorystycznym. Problem jednak w tym, że według Autora takie rygorystyczne podejście przejawiają Henryk Łowmiański, Stanisław Urbańczyk i Leszek Moszyński, z których ostatni zyskuje szczególną przychylność. Muszę zauważyć, że Moszyński potrafi w jednej historii opowiedzianej w jednym miejscu jednego źródła uznać jedną z postaci tej historii za autentyczne bóstwo (Swaróg) a drugą już za wymysł (Dażbóg). A to tylko dlatego, że nie podoba mu się etymologia drugiego teonimu a jeśli imię to pojawia się niezależnie w innych źródłach to tylko gorzej dla źródeł. Trudno się nie zdystansować czytając tak karkołomne wywody, mimo to Sikorski uznaje właśnie Moszyńskiego za badacza najbardziej „rygorystycznego” (sic!). Nie zauważa zupełnie, że wymieniona przez niego trójka naukowców nie tyle jest bardziej rygorystyczna od innych badaczy, co jest raczej nastawiona negacjonistycznie do religii Słowian, a to nie to samo co rygoryzm.

Sikorski zmierza ich tropem: sporządza w całym rozdziale kilka celnych uwag, ale całość podporządkowuje arbitralnie sformułowanej myśli przewodniej. Prace naukowe ograniczające się do własnej wąskiej specjalizacji ich autora a przez to oszczędne we wnioskach Sikorski uznaje za bardziej wiarygodne. Z kolei podejmowane wysiłki ujęcia szerszej perspektywy źródeł i metod dające bogatszy obraz pogańskiej religii mają się według niego dokonywać kosztem wiarygodności. Nie trudno stwierdzić, że jest dokładnie na odwrót – szanse na postęp dają badania interdyscyplinarne, zaś im bardziej zamykamy się w wąskiej specjalizacji tym bardziej popadamy w perspektywę skrajnie jednostronną i jednowymiarową. Językoznawca chcąc wypowiadać się o religii siłą rzeczy musi wychodzić poza własną specjalizację, gdyż „religia” to nie jest przecież termin językoznawczy i przedmiot zainteresowania językoznawstwa.

Gdy dystans gdzieś znika

Sikorski słusznie niechętnie odnosi się do rozpanoszonych w polskim piśmiennictwie teorii Eliadego i Dumézila. Są tyleż stare co z dawna skrytykowane, jednak polscy mediewiści wciąż chętnie po nie sięgają. W książce znajdziemy streszczenie krytyki tych teorii i niestety nic więcej. Autor nie proponuje żadnych nowszych teorii religioznawczych wartych eksploatacji. To konsekwencja ogólnego podejścia Sikorskiego, którego zainteresowanie postępem badań nad religią Słowian ogranicza się do negowania jej poszczególnych aspektów. Zarazem ujawnia swoją niewiedzę (?) w sferze krytyki własnego podejścia. Opowiada się za wylansowaną przez Łowmiańskiego „polidoksją”, który to termin przecież został ukuty na gruncie ewolucjonizmu porzuconego w nauce jeszcze przed okresem Eliadego i Dumézila, i który jest tak samo jak ich teorie wytworem sztucznym, zabiurkowym, oderwanym od rzeczywistości i z dawna poddanym surowej krytyce naukowej.

Bardzo łatwo się przekonać, że „rygorystyczne” podejście Sikorskiego nie jest pozbawione fundamentalnych pomyłek. Według niego pogańskich kapłanów znają tylko źródła z Połabia, zaś w przypadku pozostałych Słowian źródła milczą (s. 74). Tymczasem znamy ich przecież również z Pomorza, na Rusi mamy wołchwów a o ziemiach pomiędzy, czyli polskich, źródła nie tyle milczą, co po prostu ich nie mamy. Nieprawdą jest również, że na Połabiu jedną świątynią zajmował się jeden kapłan, co miałoby wskazywać, że nie była to szersza grupa społeczna a jedynie okazjonalne zajęcie pojedynczych osób. Wielu kapłanów wymienia Thietmar przy okazji Radogoszczy i trudno uwierzyć, że tak naprawdę połabskich świątyń, które swoim kunsztem robiły wrażenie nawet na zachodnich pisarzach, które miały znaczenie ponadplemienne (nawet międzynarodowe) i posiadały bogate skarbce doglądała jedna osoba i to w wolnej chwili. Żadnego znaczenia dla tej kwestii nie ma też użycie przez Thietmara określenia ministri zamiast flamines, w czym dopatruje się Sikorski za Łowmiańskim, dokonując jakiejś intelektualnej ekwilibrystyki, negacji profesji kapłańskiej. Wreszcie Sikorski powtarza popularny i nieudowodniony pogląd dotyczący pogańskich kapłanów i świątyń sprowadzający to wszystko do odpowiedzi na kapłanów i świątynie chrześcijańskie, czy wręcz uznający to wszystko wyłącznie za wytwory interprertatio christiana.

Można przyznać rację Autorowi, że archeolodzy nie dysponują żadną niezależną metodą rozpoznania pogańskiego miejsca kultu. Nie da się jednak z tego stwierdzenia, wbrew wyobrażeniom Autora, wyprowadzić wniosku jakoby w takim razie żadnej pogańskiej świątyni nie odnaleziono. Po prawdzie może to oznaczać równie dobrze, że archeolodzy odkryli wiele takich miejsc, ale nie potrafią ich zidentyfikować z powodu właśnie braku metody. Co więcej, jeśli nie mamy metody rozpoznania kąciny to w następstwie tego nie mamy również metody zanegowania, że coś nią nie jest. Każdy kij ma dwa końce. Sikorski nie jest chyba tego świadomy, skoro najpierw rozpisuje się o braku metody weryfikacji a potem zapędza się w negacji ich istnienia. To specyficzne, jednostronne podejście stosuje dalej Sikorski informując, że nie ma dowodów na to, by stos kamieni na Górze Lecha służył jako miejsce kultu. Jako alternatywne rozwiązanie podaje skład budulca, który nie został wykorzystany. Od razu nasuwa się pytanie, gdzie jest ta budowla kamienna najdalej z połowy X w. (jak wskazuje zalegająca wśród kamieni ceramika), po której został ów budulec? Czemu nie wykorzystano go przy budowie w tym miejscu późniejszej budowli przedromańskiej? Brak odpowiedzi na owe pytania wydaje się znaczący. Chyba według Sikorskiego interpretacja sakralna odkrycia archeologicznego wymaga przedstawienia na nią konkretnych dowodów, ale każda inna interpretacja już nie.

Sprzeciw budzi również zaprzeczanie przez Autora by kościoły powstawały na miejscach starszych kultów. Oczywiście list Grzegorza I Wielkiego nie musi być tego potwierdzeniem. Znamy jednak mnóstwo mniej i bardziej pewnych takich przypadków. Sam Sikorski wymienia kilka z nich na Połabiu, sięgając na wschód znajdziemy podobne (choćby w Kijowie) a rozszerzając poszukiwania poza Słowiańszczyznę znajdziemy wiele kolejnych przykładów. Nawet jeśli nie była to usankcjonowana prawnie norma to z całą pewnością było to zjawisko mocno rozpowszechnione.

Bałamutna jest również informacja jakoby kult odprawiany na górze Ślęży został wymyślony w efekcie złego tłumaczenia tekstu Thietmara, co miał sprostować Stanisław Rosik. Jakby qualitas nie tłumaczyć poświadczenie kultu Ślęży przez Thietmara pozostaje dalej, czemu Rosik w żadnym razie nie zaprzecza a jedynie ma wątpliwości jaki ów kult miał charakter (czczono samą górę czy jakieś bóstwo z nią związane?).

Dyskusja otwarta na nowo

„Nie widzę powodu, aby w jakikolwiek sposób pogańskie wierzenia mieszkańców ziem polskich stanowiły zagrożenie i przeszkodę w kształtowaniu się polskiego Kościoła” – podsumowuje Autor ten rozdział. Trudno stwierdzić na jakiej podstawie oparta jest ta ocena. Z braku źródeł nie możemy określić charakteru tutejszego pogaństwa, choć stosując analogię nie powinno znacząco odbiegać od sytuacji z terenów sąsiednich (przynajmniej jeśli chodzi o tak podstawowe kwestie jak istnienie bóstw). Wbrew opinii Sikorskiego źródła historyczne stwierdzają coś innego niż brak przeszkód – chrystianizacja miała tu początkowo przebiegać ciężko. Potwierdza to wybuch powstania pogańskiego (a nawet dwóch powstań, do której to teorii przychyla się sam Sikorski). Poważne trudności w „uprawianiu winnicy pańskiej” podkreśla Thietmar i Gall Anonim. Przeszkody i zagrożenia dla polskiego Kościoła więc były.

Z tych powodów odbieram ten rozdział jako nieco odstający od reszty książki. Z kilkoma sprawami wyłożonymi gdzie indziej również mógłbym polemizować, ale tutaj Autor niejako programowo pisze rzeczy, którym nie można przytaknąć. Zarazem niekorzystne wyróżnienie się tego rozdziału oznacza, że pozostałe 90% książki uważam za świetnie opracowane. Praca włożona przez Sikorskiego wydaje się tytaniczna, gdyż pochyla się on, sprawdza i drobiazgowo analizuje od nowa każdy, nawet najdrobniejszy tekst źródłowy, podczas gdy spora część pracy innych historyków sprowadza się często tylko do przypominania wcześniejszych wniosków i wskazania bardziej przekonującego. Co więcej, taki powrót do podstaw okazuje się niezwykle owocny, pozwalając stawiać Autorowi nowe hipotezy w kwestiach, wydawać by się mogło, już dobrze poznanych.

Wydanie z roku 2013 w stosunku do pierwotnego z 2011 różni się dodaniem indeksu. Warto było by wydawnictwo zainwestowało w twardą oprawę, gdyż tak potężna książka okazuje się mocno sfatygowana już po pierwszym przeczytaniu.

Kościół w Polsce… to pozycja, do której historycy i archeolodzy będą się odwoływać przez wiele następnych lat. Wyznacza ona kierunki, którymi albo badacze będą podążać albo będą musieli się do nich ustosunkować. Z jednej strony robi wyłom w nieco skostniałych poglądach na sprawy początku Kościoła w Polsce a z drugiej proponuje nabranie dystansu do badanej materii i pogodzenie się z tym, że przy tak skąpych i wyrywkowych źródłach równie możliwych jest kilka rozwiązań.

Tytuł Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego. Rozważania nad granicami poznania historycznego
Autor Dariusz Andrzej Sikorski
Wydawca Wydawnictwo Naukowe UAM
Rok premiery 2013
Ilość stron 583
Ocena ocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocenaocena

Autor tekstu: Grzegorz Antosik

Podziel się

  • Facebook
  • Twitter
  • Email
  • Google Plus
Ten wpis umieszczono w kategorii Książki i otagowano jako , , , , , , , , , , , . Dodaj link do ulubionych. Dodaj komentarz lub zostaw trackback: Trackback URL.

5 Komentarze

  1. juzef
    Opublikowano 22 października 2013 o 19:17 | Link

    Hmmm, Sikorski poszedł na łatwiznę. Bardzo łatwo jest wytknąć słabe strony wszystkich hipotez (np. na sytuację prawną Jordana i Ungera) jeśli nie proponuje się własnej hipotezy. Ot, krytykanctwo i tyle.

    • Grzegorz Antosik
      Opublikowano 23 października 2013 o 14:44 | Link

      Na tym polega praca naukowa – na weryfikowaniu hipotez.
      Jeśli kilka rozwiązań okazuje się możliwych to opowiedzenie się tylko za jednym nie jest konieczne. Można opisać wszystkie możliwości we wszystkich możliwych układach, tylko że to zajmie sporo więcej miejsca i m.in. z tego powodu Sikorski z tego zrezygnował.

      • juzef
        Opublikowano 11 listopada 2013 o 10:22 | Link

        Oczywiście Grzegorzu, że nie ma obowiązku opowiedzenia się za którąkolwiek hipotezą, ale destrukcja wszelkich, przy braku własnych propozycji wygląda na zwykłe krytykanctwo. Jeśli taka postawa dotyczy jednej sprawy, to OK, ale jeśli tak wygląda cały ogląd DAS na dzieje Polski w X w. to staje się to nużące. Do tego DAS często krytykuje dla samej krytyki, byle iść w poprzek dotychczasowych ustaleń (czym zbliża się do takich „tuzów” polskiej historiografii jak Mularczyk i Urbańczyk).

        Przykładem może byc choćby sprawa przynależności pd. Polski do państwa Przemyślidów, gdzie DAS neguje hurtowo wszelkie nie pasujące mu do koncepcji źródła (al Masudi, ibn Jakub, Kosmas, dokument praski) lub też inaczej interpretuje niż to jasno ze źródła wynika (Thietmar).

        Paradoksalnie z całej trylogii DAS-a („Kościół w Polsce za Mieszka I i Bolesława Chrobrego”, „Początki Kościoła w Polsce. Wybrane problemy” oraz „Architektura sakralna z X i początku XI wieku jako źródła historyczne dla dziejów Kościoła w Polsce”) najlepsza jest ta ostatnia książka, czyli praca o problemach, w których DAS najsłabiej się czuje, więc za dużo nie kombinuje.

        • Grzegorz Antosik
          Opublikowano 12 listopada 2013 o 14:21 | Link

          Zgadzam się, że Sikorski jest czasem krytykancki i widać to na przykładzie religii Słowian, czy czeskiej podległości ziem południowej Polski. Nie jest jednak tak, że Sikorski wyłącznie poddaje destrukcji wszelkie teorie. Jakieś teorie muszą przecież pozostać na placu boju i pozostają. Sikorski po prostu w tej książce nie forsuje zawsze tylko jednej teorii spośród ocalałych z „destrukcji”.

  2. Woj Wit
    Opublikowano 22 sierpnia 2017 o 17:03 | Link

    „sprzeciwia się utartemu poglądowi jakoby chrzest miał na celu wzmocnienie władzy polskiego księcia w jego państwie. Jest to przekonanie tyleż rozpowszechnione, nawet wśród nestorów historii, co nonsensowne. W jaki sposób książę wzmocnił swą władzę wśród pogańskich poddanych przyjmując obce i wrogo wobec nich nastawione chrześcijaństwo?”
    Czyli, że co – osłabił w ten sposób swą władzę? Po to przyjął chrzest?
    Zawsze mnie przekonywano, że chrześcijaństwo „uświęcając władzę świecką” (co mym zdaniem jest całkowicie antychrześcijańskie, sprzeczne z podziałem „na Boskie i cesarskie” oraz przykazaniem „ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę, nie tak będzie między wami” ale to już inna historia) wzmacniało ją.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany.

Możesz używać następujących tagów i znaczników HTML <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

*